Przeceniłam się. Wprowadziłam zbyt ambitne projekty do swojej codzienności, przez co zaczynam odczuwać autentyczny brak czasu. W pewnym sensie jest to raczej pozytywne, wszak na dłuższą metę zaowocuje dobrymi wynikami, jednak w tym momencie nie jestem w stanie pogodzić serca z rozumem.
Ucząc się na kartkówkę, nigdy nie potrafię wysiedzieć nad materiałem. Dwie strony zeszytu do biologii, nic więcej, a w ciągu, że to tak pięknie ujmę, procesu przyswajania, jestem w stanie zrobić milion innych rzeczy. Brzmi znajomo, nieprawdaż? Jednak w momencie, gdy na kartce kalendarza z kolejnym tygodniem nie szło wcisnąć igły, zmobilizowałam się i mózg przestawiłam na tryb, który nie był używany od olimpiady przedmiotowej, mianowicie "sirius nauka". Siadłam do książek i ruszałam się tylko po to, by dolać sobie herbaty. Gdy dostałam propozycję obejrzenia z rodziną jednego odcinka serialu (bajdełej, mam zajebistą rodzinę. U mnie w domu ogląda się Supernatural i wyczekuje Sherlocka oraz Hannibala), długo musiałam walczyć ze sobą, by zakończyć kilkugodzinny obiadek z Hitlerem oraz jego cudną partią i pójść dotrzymać towarzystwa mamie. Myślałam, że to będzie przejściowe - w końcu na sprawdziany z historii nigdy nie uczyłam się ze szczególnym entuzjazmem, ale gdy pojawiło się widmo przedmiotu maturalnego, jakoś zachciało się mieć piątkę na świadectwie - jednak ten sposób okazał się naprawdę efektywny. Nie jeżdżę na dwójach na matmie, jestem na bieżąco z biologią, dostaję piątki z - porze! - przedmiotów humanistycznych. Podoba mi się to.
Tylko zagalopowałam się nieco, gdy na historii zgłosiłam się do konkursu, którego celem jest napisanie obszernej pracy na temat Żydów. Zaniemówiłam nieco, gdy dostałam dwie kartki lektur, oniemiałam, gdy w największej bibliotece w mieście nie mieli kilku pozycji z literatury obowiązkowej.
Na domiar złego jestem w trakcie zakupywania kredek. Piękne, śliczne, kochane Kooh-I-Noorki już są w drodze do moich łapek. Nic, tylko czekać kilka dni, wyłożyć pieniądze na ladę i rysować. Aż sama nie wierzę, jak mówiłam, że nigdy nie przerzucę się na kolorowe prace.
Chcę się uczyć, czytać lektury na konkurs, czytać coś normalnego, rysować, oglądać seriale, pisać teksty fabularne i spotykać się ze znajomymi. Jak to wszystko zamknąć w dwudziestu czterech godzinach...?
