W szkolną rutynę weszłam już na dobre i, co mnie nieszczególnie satysfakcjonuje, zaczęłam żyć od weekendu do weekendu, urozmaicając szarą codzienność kolejnymi płytami klasycznego amerykańskiego rocka. Budzę się rano pod ciepłą kołdrą, po wykonaniu każdej porannej czynności wracając do niej i zastanawiając się, czy rzeczywiście jest sens gdziekolwiek wychodzić, czy może lepiej zostać pod kocykiem i spać. Jakie to deprymujące! Zimno, deszcz, niechęć do integracji. Ale taka naprawdę fest niechęć. Ostatnio, jak miałam okazję iść tą samą drogą z koleżanką z klasy, spytała mnie, jak mi się szkoła podoba. Odpowiedziałam, że jest fantastyczna, świetni ludzie, wspaniała atmosfera, nawet z nauką nie tak źle, a czemu pytasz? Bo tak zawsze sama na przerwach siedzisz. Aj, czyli to widać. Jednak argumentami typu bo mi zimno i się grzeję przy kaloryferach nie przemówisz. Trudno, od tamtej pory wiszę nad ludźmi i słucham, co mówią, czasem dodając swoje trzy grosze, jak temat kojarzę. Gorzej, gdy wraca niekończące się pamiętasz, gdzie ten i ten poszli do szkoły; kto z naszego gimnazjum się tutaj dostał; jak myślisz, czy ona w końcu zmieniła tą klasę? Dzięki ludzie, że ułatwiacie tę zasraną integrację.
Już w gimnazjum wiedziałam, że z liceum chcę skorzystać na sto procent, pomijając, że jest to podobno najlepszy okres w życiu człowieka. I tym sposobem zapisuję się na wszystko, co możliwe, by za trzy lata nie żałować - od głupot pokroju okresowego prowadzenia tablicy z aktualnościami po wyjazdy do filharmonii. Nawet zapisałam się na kurs, po którym otrzymam tytuł technika zczegośtamczegoniepotrafięwyjaśnićalesiętegonauczęwięcgit z informatyki. Zawsze coś do CV i alternatywa na przyszłość. Kasy i szpanu nigdy za wiele.
