Ostatnio doznaję serii sentymentalnych uczuć - jest to niemal równie irracjonalne, jak brzmi. A jednak czasem, trzymając książkę w dłoni, wsłuchując się w muzykę, oglądając serial, wzdychając specyficzny zapach wiosennego poranka, otwiera się jakaś szufladka w mózgu i sprawia, że spływa na serce pewnego rodzaju otucha, ciepło. Jakby na moment świat się zatrzymał, a ja cofnęła do chwili, gdy byłam szczęśliwa, nawet jeśli było to szczęście dość błahe, przelotne, a czasem - wymuszone, choć pod wpływem lat wspomnienia te zostały podświadomie odsączone od wszelkich ale. I tak niedawno naszło mnie to niecodzienne uczucie podczas oglądania Supernatural, gdy przypomniałam sobie, jak ponad rok wcześniej robiłam dokładnie to samo z przyjaciółką, pijąc herbatę i dzieląc się emocjami związanymi z odcinkiem (nieraz przyłapuję się na tym, że podczas samotnego oglądania seriali, wybuchając donośnym śmiechem, obracam się w stronę wyimaginowanego człowieka, by skomentować ten żart sytuacyjny). Albo oddychając wiosennym powietrzem, przed oczami stanął mi obraz siebie siedzącej w parku i uczącej się na ostatni etap gimnazjalnej olimpiady biologicznej. Lub włączając płytę z tymi samymi utworami AC/DC, których słuchałam podczas podróży. Licznych podróży, choć najczęściej pierwsze, co mi przychodzi wtedy na myśl, to jazda autokarem z Krakowa.
20 lutego 2015
23 stycznia 2015
No.47 When I decided to improve my English or how to meet such great people
Staje przed Tobą możliwość praktycznie jedna na milion, która nigdy więcej się nie powtórzy; coś, co wymaga wiele odwagi, może skazać na wewnętrzną porażkę ze szczyptą poczucia wstydu, ale mimo wszystko pociąga - wszak nie będzie już drugiej szansy. Za to wspomnienie zostaje do końca życia. Dotychczas miałam za sobą tylko jedno tego typu doświadczenie - mianowicie irracjonalna chęć indywidualnego pożegnania native speakera ze szkoły językowej, który miał już na stałe wrócić do swojego kraju. Nigdy nie zapomnę jego łez wzruszenia podczas słuchania moich niegramatycznych, niestylistycznych i generalnie nieskładnych, prostych, acz należytych pochwał. Na samą myśl o tym wydarzeniu czuję się jakoś podniesiona na duchu - w końcu jak łatwo można kogoś uszczęśliwić i umilić mu ostatnie godziny w Polsce. A tym samym zyskać perełkę w dorobku życiowym.
9 stycznia 2015
No.46 Peste!
„Czasem nachodzi mnie ochota, by przebiec się przez ulice Rzymu, krzycząc «Peste, peste!». No nie mów, że nigdy tak nie miałaś”, mówię w kontekście użycia słowa peste (dżuma), na które trafiłam zupełnie przypadkiem, przeglądając słownik włosko-polski i które też natychmiast pokochałam (biorąc pod uwagę, jak niedaleko leży od pasta, czyli niewinnego makaronu). Tymczasem nie sądziłam, że następnego dnia faktycznie doświadczę powietrza morowego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)