24 października 2015

No.56 Time flies

Niby ma się wrażenie, że początek roku szkolnego był całkiem niedawno, a tymczasem okazuje się, że już dwa miesiące minęły, a wcale nie wydaje mi się, bym przez ten czas w jakikolwiek sposób zbliżyła się do matury - natomiast matura zdecydowanie zbliża się do mnie. Nadal odnoszę wrażenie, że w głowie panuje mi zupełny chaos co do tego, jak powinna prezentować się moja wiedza czy też sposób jej ugruntowania. A żeby było weselej, z każdego tygodnia kurs na prawo jazdy kradnie mi przynajmniej z sześć godzin plus czas oczekiwania, czyli jakby nie było mam w plecy godzin prawie dziesięć. Trochę to dobijające, ale może z drugiej strony po zdaniu egzaminu (trzymajcie kciuki, by za pierwszym razem i żeby zdążyć przed nowymi przepisami!) nareszcie odetchnę i znajdę czas na powtórki - bo póki co, noc mnie wita jeszcze zanim skończę naukę do materiału bieżącego, o czymkolwiek dodatkowym już nawet nie wspominając. A do późna nad książkami siedzieć nie umiem.

1 września 2015

No.55 Hello September

O, wielki straszny wrześniu! Że też musiałeś nadejść tak nieoczekiwanie, wejść bez zaproszenia do mojej błogiej wakacyjnej sielanki z brudnymi buciorami, wdeptując błoto w dywan. Jakoś beztrosko się nad ranem wstawało ze świadomością, że moją największą troską jest walka z upałem i komarami, a teraz wszystko przepadło! Chociaż... czy to tak źle? Nie ukrywam, że po dwóch miesiącach omijania tych starych murów Hogwartu szerokim łukiem, z całkiem pozytywnym nastawieniem znów tam zawitałam. Przedarłam się przez zwartą grupę zdezorientowanych pierwszaków i aż miło mi się na sercu zrobiło, gdy weszłam do sali i zobaczyłam moją klasę wraz z wychowawczynią. Jednak brakowało mi tej szkolnej rzeczywistości - chyba jestem człowiekiem, który potrzebuje trochę rutyny, a nie dni wypełnionych niczym konkretnym. 

17 sierpnia 2015

No.54 Well, Clarice - have the lambs stopped screaming?

Nie ma co ukrywać, wakacje zbliżają się ku końcowi, wizja zbliżającego się wielkimi krokami roku szkolnego jest nie tyle smutna, co irracjonalna. Jestem oderwana od rzeczywistości do tego stopnia, że w czasie obiadu, przeprowadzając operację na pstrągu, bardzo poważnie zastanawiałam się nad tym, czy ryby mają kręgosłup, czy nie. Całymi dniami zamykam się w mojej hobbickiej norze z nosem w książkach, by wreszcie przeczytać to, na co wcześniej jakoś nie znajdywałam czasu, z alternatywą dla filmów, które miałam obejrzeć już sto lat temu, ale nie było okazji (nawet się nie przyznam, jakie to tytuły nadrabiałam, bo aż wstyd), oraz listów, na które odpisuję całymi godzinami, zdając sobie później sprawę, że wkładam do koperty epopeję - wszak kilka razy w czasie pisania zmuszana jestem uzupełniać atrament w piórze. Wieczorami przechadzam się wzdłuż pól, które zostały niedawno wykoszone do cna - albo w wyniku jakichś żniw, bo z wiejską nomenklaturą do końca zaznajomiona jeszcze nie jestem, albo przez stado owiec, które sukcesywnie przesuwa się na kolejne tereny. Jednego dnia widzę owce przez okno, a ich leniwe beczenie towarzyszy mi przy każdej czynności, drugiego natomiast tak doskwiera mi cisza, że wychodzę z domu, by poszukać pola, na którym aktualnie się pasą. Żywot zupełnie pozbawiony większych trosk i problemów; szczególnie od momentu, w którym dałam sobie spokój z olimpiadą, dochodząc do wniosku, że to jednak nie dla mnie.