9 marca 2014

No.29 Purge

Choć zawsze byłam przekonana o tym, że nie składuję gratów i wyrzucam wszystko to, co nie jest mi potrzebne, nigdy nie starczało mi na wszystko miejsca. A tu jakieś pudełko po butach z kartkami pocztowymi, a tu szkatułka z duperelami, których szkoda się pozbyć, a tu stosy zeszytów ze starymi opowiadaniami, wspomnieniami, pamiętnikami (a niektóre to typowe pamiętniczki z wierszykami od całej grupy jeszcze z przedszkola!), a tu pojemnik z zawartością o charakterze „może się przydać”. Zostawiałam to, „bo sentyment”. Głupota. Wyszłam z założenia, że coś, z czego przez przynajmniej pół roku się nie korzystało i nie widziało na oczy, na pewno nie jest niezbędne i można bez tego żyć. I tym sposobem przeprowadziłam dokładne czystki, zostawiając jedynie to, co faktycznie jest przydatne, oraz pudełko z całą masą różnorodnych przedmiotów, które pozostały mi po harcerstwie. Czasem lubię je otworzyć, poczytać listy ze zbiórek, kartki z zadaniami, rekwizyty. Odnalazłam nawet swój stary mundur, którego koszulę i chustę schowałam do osobnego kuferka, by dogorywały tam w spokoju (nadal nie jestem pewna, czy ktokolwiek prał to po tym, jak już odeszłam, ale nawet tak nie śmierdzi, jedzie jedynie starością i składnicą harcerską, więc nie jest źle).

25 lutego 2014

No.28 Mind palace

Skończyłam siedemnaście lat. Weszłam w ostatni rok swej niepełnoletności z Tolkienem i Witowskim pod pachą oraz z Sherlockiem na klacie, którego udało mi się upolować dosłownie w ostatniej chwili (i z życzeniami o czwarty sezon, yay!). Z takim wyposażeniem mogę wszystko.


Po wielu godzinach spędzonych ostatnimi czasy na nauce, udało mi się opracować proste i klarowne sposoby na zmuszenie mózgu do nauki. Jedne pewnie bardziej powszechne, inne wyłącznie do użytku własnego. Zatem, oto moje prywatne wrota do swego pałacu myśli.

7 lutego 2014

No.27 „Carpe diem, yolo”

„Carpe diem, yolo.”
~ native speaker Johnny vel Johny vel Jonny, kij go tam wie, ale jest uroczym Brytyjczykiem z loczkami, można mu przebaczyć
W sumie to właśnie Johnny'emu (czy jakkolwiek się go zapisuje) zawdzięczam swoją sympatię do języka angielskiego. I jeszcze pewnemu Australijczykowi, któremu rodzice wybierali imię, gdy byli pijani, gdyż wraz z nazwiskiem Sean przedstawia się za pomocą dwóch sylab.
Od razu uprzedzam, że dzisiaj nie ma parcia na zbędny patos, silenia się na oryginalność i poruszania konkretnych tematów. Luźny, chyba taki typowo pamiętnikowy wpis, którego widocznie mi brakowało, bez morału czy refleksji. A przynajmniej żywię taką nadzieję.